Ach, jakie to było wtedy piękne lato

„Proszę Państwa to nie udałoby się gdyby nie mój mąż, który od zawsze jest moim wsparciem, moją podporą, moją miłością i moim najlepszym przyjacielem – Kochanie – dziękuję, że jesteś!”….

Zaledwie parę lat temu, a jak niewiele było im do szczęścia potrzeba, starym samochodem, który dowoził ich z mniejszymi lub większymi przygodami jednak zawsze do upragnionego celu, tym razem dotarli nad morze. Oni młodzi, zapatrzeni w siebie, nie ufający opowieściom starszych, że świat nie zawsze taki różowy, że dwie kochające się osoby mogą się pokłócić na poważnie, mogą nie rozmawiać z sobą, ba, mogą nawet przez to spać osobno, uwielbiali wspólnie spędzać każdą wolną chwilę, byle razem, byle przytuleni, byle za ręce się trzymać. I choć wracając do ich wynajętego pokoju mijali rozliczne eleganckie, rozświetlone hotele z wieloma gwiazdkami, to dla nich liczyły się jedynie gwiazdy na niebie.

Leżąc wieczorem na piasku pod gołym niebem, patrzyli w te właśnie gwiazdy, a ich myśli wspólnie podążały w jednym kierunku, łącząc ich światy jak te dwie równoległe drogi nad morze, którymi wczoraj podążali, by wkrótce połączyć się w jedną i jak się im wydawało wyłącznie jednokierunkową szosę.

Planowali, gdzie będą mieszkali, ile będą mieli dzieci, i czy Zuzia i Jaś, czy może Piotruś i Zosia, no chyba, że Wojtuś i Pawełek. Nie miało to jednak dla nich żadnego znaczenia, żyli miłością i nadzieją. Moc czerpali z wymienianych uśmiechów i patrzenia sobie w oczy – on zachwycał się jej długimi rzęsami, ona zaś w jego spojrzeniu widziała spokój, wiarę i ufność.

Teraz powiedzielibyśmy na nich naiwni, a oni wierzyli w siebie, w swoją siłę, w swoją magiczną moc, tak jak w wielką ideę wierzą najwięksi wizjonerzy tego świata.

Co zatem stało się z nimi, że kilka lat później, ich życie nie wygląda już jak bańka mydlana puszczana przez dzieciaki na nadmorskiej plaży w tamto lato.

Mają już Zuzię i Pawełka, urocze maluszki, po których absolutnie nie widać, że absorbują każdą wolną chwilę młodych rodziców.

On, aby zapewnić może nawet nie dostatnie, ale przyzwoite życie w wynajętym mieszkaniu, pracuje po 10 godzin dziennie, a w weekendy bierze dodatkowe zlecenia.

Ona została z dziećmi w domu zajmując się ich wychowaniem, dokładnie tak, jak sobie to planowali leżąc na nadmorskim piasku. Niby wszystko było tak, jak chcieli, tak jak ustalali, no właśnie, tylko teraz jakby już to życie mniej różowe dla nich było.

Ona zaczyna mieć pretensje, że na niej tylko spoczywa opieka nad domem – pranie, gotowanie, prasowanie, pieluchy. On zaś broni się mówiąc, że przecież to on wyłącznie w tym domu pracuje, a w ogóle to w co drugą niedzielę gotuje obiad, bo w tę co nie gotuje, jedzą to, co przywiezie pan z restauracji z rynku. Poza tym on ogarnia dzieciaki w weekendowe poranki i przez pierwsze 3 miesiące to on każdemu dziecku wygotowywał butelki i na dodatek umiał (co nie zawsze czynił) zmieniać pieluchy, a Marek – kolega z pracy nigdy tego nie robił, jak miał małe dzieci.

Starają się ogarnąć swoje domowe podwórko, pojawiają się tabelki z podziałem obowiązków – jej propozycja wisi napisana na odwrocie listy zakupowej, jego elegancka w Excel przygotowana w pracy, ale jak ktoś spojrzałby na nie obie, to nie zobaczy już tej zgodności, która była im tak bliska wtedy pod tymi gwiazdami.

Tak jak każdy z nich trwa w swojej racji – ona, że on pomaga zbyt mało, że się nie angażuje, że nie widzi, że do wszystkiego jest sama, że ma dosyć chodzenia w rozciągniętym dresie… On zaś trwa w tym, że pracuje, aby utrzymać rodzinę i pomaga jak umie, a ona będąc cały dzień w domu winna mieć czas na wszystko.

I coraz bardziej zgodni są tylko do jednego – oboje nienawidzą jej rozciągniętego dresu.

W ich oczach wciąż widać miłość, ale też i troszkę frustracji, i troszkę smutku, i troszkę żalu, a może i odrobinę tęsknoty…

Mniej rozmawiają, mniej się przytulają, nie jedzą już razem rano rogalików, bo on już po nie nie biega do piekarni. Na słowa, że ona chce wyjść z koleżanką, krzywi się i denerwuje tak, że jej ochota na mile spędzony czas mija natychmiast.

On za to nie odpuszcza i chętnie jak kiedyś wyrwie się z kolegami na browarka i meczyk.

Ona siedzi ze smutnymi oczami wieczorami i łapie nagrane wcześniej odcinki „Przyjaciółek” podjadając orzeszki w czekoladzie, ale za to gorzkiej (bo to magnez więc prawie zdrowe) – może zjeść ich dziś nawet całą paczkę – naciągnięty dres jej nie zdradzi.

Kieliszek po czerwonym winie również zdąży umyć, zanim sędzia odgwiżdże koniec meczu.

Ona zastanawia się, gdzie jest ten jej ukochany facet, którego koleżanki ze studiów wtedy tak bardzo zazdrościły – przystojny, mądry i muskularny, opiekuńczy, choć dziś już wie, że kobieta tak naprawdę nie patrzy na ciało mężczyzny tylko na cechy w nim schowane, że kobieta zakochuje się tak prawdziwe w mężczyźnie, który obdarzony jest wizją, charyzmą i to jest dla niej atrakcyjne. W jej głowie wciąż wybrzmiewają słowa, które przeczytała na Facebookowej grupie dla takich jak ona, słowa Osho, który powiedział, że kobieta chce, by jej mężczyzna nie był zwykłym mężczyzną, lecz by był przygodą odkrywania świadomości.

I chociaż, jeśli ktoś z boku by popatrzył, to nie od razu zobaczy to, że on tak ciężko pracuje, ale jednak myślami jest wciąż blisko nich, zastanawia się, co porabiają, jak się mają, co znów dzieciaki zbroiły i czy Zuzia po szczepieniu gorączki nie dostała. Chętnie pracowałby mniej i częściej byłby z nimi, no ale jeszcze sobie zaplanowali w grudniu samochód na kombi wymienić, bo w przyszłym roku chcą znów nad morze pojechać, ale w czwórkę tym razem.

I przez to zaganianie nie ma już czasu nawet po rogaliki rano biegać, choć ona tak bardzo je lubi, i na herbatę wieczorem usiąść czasu brak. Uświadamia sobie, jak bardzo ją kocha i jak jest mu wstyd, że wyjechał z tym tekstem, jak z Kaśką chciała wieczorem wyjść.

Musi, nie, właściwie nie musi, chce jej to jakoś wynagrodzić.

Rano zostawia na podusze różową karteczkę: „Najmilsza, chciałbym Ciebie dziś zaprosić na randkę, opieka nad dziećmi załatwiona. Zamówiłem na 19:00 stolik w tej naszej ulubionej włoskiej knajpce, wiem, że tak bardzo tam lubisz tę pastę z krewetkami i suszonymi pomidorami, a na deser pistacjowe gelato – zawsze tak się na nie cieszysz…

Mam też prośbę – ubierz tę czarną długą sukienkę, z tym wycięciem na plecach, tak kusząco widać wtedy Twoją granatową bieliznę, i wiesz co – koniecznie ubierz trampki – tak bardzo lubisz chodzić w trampkach i tak sexownie w nich wyglądasz”…

Tego wieczoru liczył na miło spędzony czas i choć tak właśnie było, to nie spodziewał się, że przy pistacjowym gelato usłyszy, że ona chce już wrócić do pracy, że marzy, aby jutro wyrzucić naciągnięty dres do kosza, że poprzedni szef od trzech miesięcy do niej wydzwania i namawia na powrót i podwyżkę obiecał, bo takiej jak ona to znaleźć nie może.

I jak tak jej słuchał, to odnosił wrażenie, że ona już się na to zgodziła, a teraz właśnie te najpiękniejsze oczy świata z najdłuższymi rzęsami próbują go zaczarować, owładnąć jeszcze bardziej, aby wykrzyczał z radością – Oczywiście!

I na nic jego pozorne tłumaczenia, że w tym kraju, kobiety średnio zarabiają 18% mniej od mężczyzn, że coraz mniej kobiet jest na rynku pracy, że na opiekunkę wydają tyle, co ona zarobi… Ale ona wiedziała, że to tylko takie jego wstępne gierki, że on również chce ją widzieć już nie w dresie, a w ładnej sukience wracającą z pracy, z uśmiechem namalowanym czerwoną szminką. Oznajmiła mu, że właśnie dziś kupiła kartę do fitness klubu i to jest początek zmiany w jej życiu…

Wyszli więc z włoskiej knajpki zadowoleni oboje, bo mieli wreszcie czas spokojnie porozmawiać, popatrzeć sobie w oczy, i znów choć przez chwil kilka było tak jak kiedyś, i wino smakowało jakoś tak lepiej niż w domu.

Poczuli, że są przecież jednością, którą tak bardzo chcieli jeszcze niedawno nieustannie być.

Wracali przez park, bączyli się bez celu, trzymając się za ręce tak jak wtedy, kiedy zmierzali nad morze gwiazdy oglądać, tylko teraz brodzili w jesiennych liściach i jej trampki gubiły się w nich całkiem…

On idąc jeszcze nie wiedział, jak to zrobi, że będzie musiał być o czwartej w domu, i że rano Zuzię musi zawieźć do przedszkola, we wtorek na balet, a w czwartek na pianino… Pawełek ma karate też w czwartek i tylko piętnaście minut później, ale droga nawet jemu – wytrawnemu kierowcy (wiadomo) zajmuje najmniej dwadzieścia minut.

Tylko był pewien jednego, musi nawiązać bliższą znajomość z panem z restauracji w rynku, wtedy się to jakoś udać może.

Jak ona to ogarniała na miłość boską… – z tymi słowami wracał z włoskiej kolacji…

Nawet nie przypuszczał, że tuż po tej kolacji ich życie tak szybko i do imentu się zmieni. Ona zaskakiwała go przygotowanymi już wcześniej scenariuszami, a on czuł się jedynie jak aktor, który miał do odegrania napisane przez nią role. Teraz nagle to ona okazała się w ich związku reżyserem, który planuje, organizuje i wskazuje. I jak bardzo denerwowało go i frustrowało to, że kurde to wszystko działa, cała ta machina skutecznie, konsekwentnie prze do przodu, a tutaj – o zgrozo – to nie on dowodzi.

I jeszcze jedno chodziło mu bezustannie po głowie – jak w dzisiejszych czasach można dać komuś tak wielką podwyżkę, że w zasadzie kombi to mogą kupić już w październiku…

Nieco jego frustracja mijała rano, kiedy razem jedli rogaliki, bo ustalili, że skoro oboje je lubią, to będą po nie chodzili wymiennie. I jak tak patrzył na nią przy tym śniadaniu, to widział piękną, uśmiechnięta, szczęśliwą, spełnioną kobietę, matkę i żonę.

Chyba właśnie w tej kolejności – wyjątkowa kobieta, troskliwa i kochająca matka, i jego żona.

Absolutnie taka kolejność mu nie przeszkadzała. I tylko w pracy albo przed zaśnięciem czasami, no dobra bardzo często myślał, czy ona kogoś w tej pracy nie pozna, czy on nie okaże się dla niej zbyt zrzędliwy, upierdliwy, mało atrakcyjny. Właściwie zarabiają już tyle samo (nie licząc jej obiecanej premii rocznej, jak ją otrzyma, no to jego kolacyjne argumenty całkiem w łeb wezmą), organizatorem życia rodzinnego lepszym jest ona, w pracach domowych uzupełniają się nader dobrze, choć czasami widzi, że ona ma zęby zaciśnięte, ale i on pracuje nad bezsilnością…

Z jednej swojej decyzji był dumny szalenie – jak popatrzył krytycznym okiem na siebie rano w lustrze, to w południe był również i on szczęśliwym posiadaczem karty na siłownię…

I co ciekawe, choć oboje pracowali czasami nawet ponad siły, to znajdować zaczęli wieczorami czas dla siebie. Przy winie, ale już wypijanym razem i bez pośpiechu, i przy orzeszkach, ale tak ładnie podanych w miseczce, a nie z torebki, rozmawiali, wspominali, planowali i coraz częściej było tak jak dawniej, kiedy marzeniami malowali swoją przyszłość.

Czasami tylko on łapał się na tym, że ona już nie pyta, czy może iść z Kaśką do knajpki pod arkady, tylko mówi, żeby nie zapomniał, że jej nie będzie. Na początku się dziwił takiemu obrotowi spraw, teraz pilnuje się, by nie zapomnieć, kiedy to.

Oj nachodziło go, oj bolało go, oj zazdrosny bywał – chodź ufał i pewny był, ale w głębi jego męskiej dumy wiedział dobrze, że życie napisało najlepszy z możliwych scenariuszy – może nie dla niego, ale dla nich na pewno, a dla ich przyszłości to już w ogóle…

I taki wewnętrznie rozdarty i zazdrosny był do tego wieczoru, kiedy poszli (chodź on niechętnie) na imprezę firmową z jej pracy.

Och, jak ona wtedy wyglądała, widać, że było jej tego potrzeba, że jej tego najwyraźniej brakowało, dzięki pracy znów rozkwitła i stała się dopiero teraz w pełni szczęśliwa i spełniona.

I zapamięta to na długo, jak stali z kieliszkami szampana, szef wtedy nie przestawał jej przy wszystkich wychwalać (oj jaki był przy tym z siebie dumny, że ją namówił na powrót), doceniał zaangażowanie, świeże spojrzenie, pasję, pracowitość…

I wtedy poczuł, jak ona opiera się na jego ramieniu, wchodząc w słowo szefowi (to akurat się u niej nie zmieniło) i powiedziała słowa, dzięki którym zasypia spokojnie, a i w pracy już myśli inaczej, usłyszał wtedy – „Proszę Państwa to nie udałoby się, gdyby nie mój mąż, który od zawsze jest moim wsparciem, moją podporą, moją miłością i moim najlepszym przyjacielem – Kochanie – dziękuję, że jesteś!”….

Wracając z przyjęcia szli w zupełnej ciszy, ona uśmiechnięta, oparta o jego ramię, a on wyprostowany, zadowolony – dzisiejszego wieczoru nie było równie dumnego (z siebie) faceta w całym mieście…

Marcin Pagieła

Dołącz do Wesprzyj nas!

Dołącz do nas

Dołącz do nas jako wolontariusz lub partner

Dołącz

Zgłoś pomysł

Zgłoś pomysł na ciekawe wydarzenie
Zgłoś

Zagłosuj

Głosuj na pomysły już zgłoszone

Głosuj

Wesprzyj

Wesprzyj nas finansowo lub rzeczowo.

(by jak najwięcej osób
mogło korzystać z naszej pomocy)

Wesprzyj

Zgłoś Głosuj na pomysł!

Nasi partnerzy

Newsletter

Zapisz się i bądź na bieżąco.

Zobacz, co planujemy
w najbliższym czasie

i zapisz się na interesujące Cię wydarzenie.

Zobacz