“Iść w stronę doskonałości, to wyprowadzić się z życia albo, co gorsza, nigdy w nim nie mieszkać”

(Marion Woodman, Addiction to perfection)

Mówi się, że kobieta daje życie, nosi je wcześniej pod sercem, a potem przez wiele lat, a czasem do śmierci, żyje dla innego życia. Mówi się, że kobieta tworzy dosłownie i w przenośni dom, a ci którzy zagoszczą w jego progach, zyskują siłę i spokój. Nic dziwnego, przecież mogą poczuć się jak… u siebie w domu. Wszyscy lub większość, najczęściej poza nią samą.

Jako kobiety jesteśmy socjalizowane do “bycia dla”, czyli do relacji opartych na dawaniu, opiekowaniu się, służeniu. Ciekawe, że nie stoją za tym uwarunkowania reprodukcyjne, czyli chętnie przypisywana kobiecie “naturalna” rola biologiczna. Poza zajmowaniem się potomstwem, aż do uzyskania względnej samodzielności, nasze praprzodkinie zachowywały się tak samo jak mężczyźni: polowały, walczyły, broniły, zabezpieczały schronienie i inne warunki bytowe. Nie były też monogamistkami. Takie równouprawnienie wynikało z wyzwań klimatycznych i koczowniczego trybu życia, brutalnego pod względem budowania relacji: niezdatni i nieprzydatni plemieniu nie przeżywali. Dopiero kres epoki lodowcowej i rozkwit osadnictwa przyniosły społeczną rewolucję w rolach płciowych. Można było w jednym miejscu żyć i gromadzić dobra. “Iść w stronę doskonałości, to wyprowadzić się z życia albo, co gorsza, nigdy w nim nie mieszkać” Marion Woodman Addiction to perfection Wymagało to coraz bardziej zróżnicowanej “specjalizacji” kobiet i mężczyzn: jeśli ty zajmiesz się tym, a ja tamtym, szybciej i łatwiej będziemy mieć więcej. Poza tym jak się nam dobrze kooperuje, to nie opłaca się wymieniać siebie na inne modele, zostańmy więc ze sobą.

Dlatego też panie domu, gospodynie, strażniczki ogniska domowego, opiekunki, służące i służebnice, posługujące kapłanki czy wierne żony, to nie role uwarunkowane przez biologię. To nie konstytutywne powołanie kobiety, a efekt społeczno-kulturowej ewolucji. Wartościowy, potrzebny, korzystny, pożądany i potencjalnie satysfakcjonujący – ale pozostawiający kobiecie całkowitą wolność i prawo do decydowania, co oznacza jej kobiecość względem siebie, innych ludzi i świata. Prawo do zamieszkania w swoim życiu na własnych zasadach, w tym prawo do realizacji wszystkich przyjętych ról w sposób ograniczony i niedoskonały, to znaczy niespełniający kryteriów, norm i oczekiwań płynących z zewnątrz.

Dlaczego to jednak bywa takie trudne wewnętrznie dla kobiety? Bo socjalizacja w kierunku bycia dla innych wiąże się z silnym skoncentrowaniem na cudzych potrzebach, emocjach, na dobrostanie tych, którzy z nami przebywają. Za to jest nagroda od najmłodszych lat: docenienie, uznanie, zachwyt, poklask, status a minimalistycznie przynajmniej tolerowanie naszego istnienia. Akceptacja społeczna, pamiętajmy, jest dla naszych organizmów ewolucyjnie ukształtowanym warunkiem przeżycia, na równi z pożywieniem, snem i tlenem. Pragniemy tego niezależnie od indywidualnej historii życia, bo to jest właśnie biologia, więc zrobimy wszystko, żeby to uzyskać i… przeżyć. I tu tworzy się pułapka nadanej kobiecie roli: pozostawienia samej siebie na drugim planie (wersja optymistyczna) lub zerwania kontaktu z samą sobą, a ściślej mówiąc, niedopuszczenia do tego, by go w ogóle nawiązać (wersja pesymistyczna). Jej odmianą (równie pesymistyczną) może być bardzo silna potrzeba zwracania na siebie uwagi i pozostawania w blasku reflektorów lub narzucania otoczeniu swojego zdania i decyzji – co również jest tak naprawdę ogromnym oddaleniem od samej siebie i “mieszkaniem” na zewnątrz, opierając się na wpływie wywieranym na innych.

Jakie są tego konsekwencje w życiu dorosłej kobiety? Przede wszystkim kształtuje to system destrukcyjnych przekonań o sobie, o swoim miejscu w świecie i o relacjach, na przykład:

• na każdej płaszczyźnie życia i w każdej roli powinnam być doskonała, żeby zasłużyć sobie na uznanie rodziny, krewnych, partnera, przyjaciół, przełożonych, podwładnych, klientów, itd,

• wygląd mojego ciała przekłada się na to, jak dobrze spełniam się w roli kobiety, przez co dbam de facto nie o siebie, ale o dobrostan innych, bo to im ma być przyjemnie na mnie patrzeć, ich przyciągać do mnie, zaspokajać ich potrzeby, a ja w zamian dostaję życiodajną akceptację,

• z tego powodu potrzebuję być chciana, a jeśli nie jestem gdzieś do czegoś przez kogoś chciana, to tak jakbym nie istniała,

• nie mogę być w tym gorsza od innych, a jeśli jestem, budzi się we mnie lęk, który staje się lokomotywą moich różnych zachowań.

Jak w takim razie odważyć się i znaleźć drogę powrotną do domu? Jak zamieszkać w sobie samej na swoją modłę, otwierając okna i drzwi jedynie tym społeczno-kulturowym wzorcom kobiety, które nam najbardziej odpowiadają i służą? Jak w ogóle takie rozpoznać? Jak nie bać się, że jeśli wybiorę siebie, nikt mnie już nie odwiedzi i u mnie nie zagości?

Natalia de Barbaro, autorka książki “Czuła przewodniczka. Kobieca droga do siebie”, pisze, że “ten ruch – przemiana strachu w jakiś rodzaj miłości do siebie – nie jest jednorazowy. Nie ma fanfar, nie ma mety, nie ma wyraźnego happy endu. Ten ruch domaga się praktyki, uważności, pielęgnowania więzi z samą sobą – codziennie. Ale powtarzany sprawia, że jesteśmy – dzień za dniem – bliżej siebie i nasze życie staje się bardziej nasze.

Osobiście wprowadzam się do siebie od lat i końca nie widać. Nie mam pojęcia, czy to polega na tym, żeby koniec w ogóle nastąpił. Czy kiedy wreszcie wszystko wniosę, wejdę, rozgoszczę się w sobie i westchnę z ulgą, to będzie znaczyło, że umieram? Jakikolwiek to moment, kiedy już nastanie w moim domu, w moim ciele, marzę o takiej spowiedzi, wymówionej z radością, bez poczucia winy i wstydu:

Spowiadam się światu niewszechmogącemu, po którym szłam, i wam, bracia i siostry, którzy idziecie za mną i przede mną, że nie zgrzeszyłam wobec siebie myślą, mową, uczynkiem i zaniedbaniem.

Nie służyłam, nie wykonywałam, nie spełniałam, nie zadowalałam, nie dogadzałam, nie obsługiwałam, nie doskakiwałam, nie poprawiałam, nie udoskonalałam, nie słuchałam, nie przytakiwałam, nie podążałam, nie naśladowałam.

Nie byłam jak najświętsza Maria, zawsze dziewica, jak święte i błogosławione, wyróżniane i nagradzane, czczone i wielbione. Nie byłam służebnicą, ikoną, wzorem, rolą, własnością, lalką, kontem, profilem, awatarem, skinem, idolką, influencerką, trendsetterką.

Nie byłam jak ktoś inny, kogo znałam lub nie znałam. Nie pozwoliłam, żeby ktokolwiek decydował o tym, jaka jestem i jaka powinnam się stać, co jest we mnie prawdą, a co kłamstwem, co czuję, a co mi się wydaje, co jest dla mnie dobre, a co złe, według czyjego słowa ma mi się stać.

To nie moja wina, nie moja wina, to żadna moja wina, że stawiałam kroki na ścieżkach, które sama wybrałam. Nie wiedziałam, nie umiałam, błądziłam. Poznawałam, uczyłam się, znajdowałam. Popełniałam błędy i chroniłam się przed nimi. Płakałam z bólu i szczęścia. Zatrzymywałam się i ruszałam znowu w kierunku, który obrałam.

Widziałam innych po drodze. Potykałam się o nich i szłam dalej. Zostawałam z nimi i czekałam. Dźwigali mnie, dźwigałam ich. Dawałam dobro, tak jak umiałam i naprawiałam zło, tak jak umiałam. Kochałam miłością moją, która pochodziła z tej, jaką umiałam ukochać siebie.

Wybaczyłam sobie, że jestem człowiekiem.

Przeto nie błagam wszystkich najświętszych i was, bracia i siostry, o modlitwę za mnie. Zostałam sobie dana bez stawiania warunków. Jakakolwiek byłam, jakakolwiek będę, cokolwiek zrobiłam, cokolwiek jeszcze zrobię – wystarczam.

Aleksandra Lemańska

Udostępnij: